piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 1

Tego wieczoru w Sydney było bardzo spokojnie. Szłam Elizabeth Street kiedy pod jednym z kontenerów ujrzałam jakąś postać. Myślałam nad tym co zrobić. Ruszyłam w tamtym kierunku. Chłopak był cały poobijany.
- Wszystko w porządku?  - zapytałam nieznajomego a po chwili ugryzłam się w język.  Chciałam palnąć się w głowę ale i tak wystarczająco zrobiłam z siebie idiotkę.
- Jasne!  Wszystko ok, a siedzę tu tak bo trochę mi było nudno. - fuknął arogancko chłopak.  Nagle ktoś złapał mnie za ramię i zakrywając usta podniósł mnie z ziemi. Zobaczyłam jeszcze dwóch chłopaków którzy pomagali wstać tamtemu.
Brawo Kylie! Ty zawsze wiesz jak przysporzyć sobie problemów.
- Mike, wiesz co masz robić. - usłyszałam czyjś głos a osoba która mnie trzymała skierowała się w nieznanyn mi kierunku. Chłopak miał naprawdę mocny chwyt. Kazał wsiąść mi do auta stojącego naprzeciw nas. Wolałam wykonać polecenie i wskoczyłam na siedzenie jak włoski wytresowany piesek. Siedziałam między obolałym brunetem a nieznanym mi blondynem. Kiedy zobaczyłam, że wjeżdżamy na autostradę przeraziłam się.
- Gdzie jedziesz? Odwieź mnie do domu! Czy ktoś może mi wyjaśnić co tu się dzieję?! - byłam przerażona. Pomimo mych pytań jedyną odpowiedzią była cisza.
- Ahh, więc tak chcecie się bawić? No dobra. Jeśli w tej chwili nie zawrócisz tego rzęcha to zadzwonie na policję kiedy tylko wysiąde z tego cholernego auta. Jeśli jutro nie zjawie się w pracy będę miała problemy. - burknęłam zdenerwowana. Chłopak za kierownicą na moje słowa zareagował śmiechem.
- Co cię tak śmieszy? - rzuciłam zdenerwowana w stronę kierowcy.
- Porwało cię czterech chłopaków których nie znasz. Wiozą cię w całkowicie nieznane ci miejsce a ty płaczesz bo nie pójdziesz do pracy? Czy w twojej rodzinie wszyscy są zdrowi? - chłopak siedzący z przodu odwrócił się do mnie. Samochód zatrzymał się a ja byłam szczęśliwa, że w końcu mogłam stamtąd wysiąść. Chłopacy zaprowadzili mnie do domu. Nie zrozumiałam ich zachowania. Postępowali jakbyśmy znali się od piaskownicy. Jakby nic wogóle się nie wydarzyło. Poszłam za rannym do salonu.
- Jak ci na imię? - zapytałam.
- Calum. - jęknął z bólem siadając na sofie. Cal był przystojnym brunetem o ciemnej karnacji i czekoladowych oczach. Cała ich czwórka była dość przystojna. W jego ręce tuż nad łokciem widniała dziura po kuli. Do pokoju po chwili wszedł kolega który siedział w aucie po mojej lewej stronie.
- Apteczka. - powiedziałam.
- Co?
- Przynieś mi apteczkę, i to migiem. - warknęłam.
- O nie! Nawet nie ma takiej mowy! -zaprotestował Calum.
- Luz, mam medycynę w jednym palcu. - spojrzałam na bruneta. - Przyda się też czysty ręcznik, miska z gorącą wodą, woda utleniona i apteczka. - powiedziałam mocno akcentując ostatnie słowo. Chłopak znikł w zaciemnionym korytarzu a ja sięgnęłam do torebki po kosmetyczkę. Wyjęłam z małej saszetki pensete i odłożyłam kosmetyczkę na miejsce po czym usiadłam obok bruneta. Dotknęłam palcem miejsce obok rany. Chłopak pisnął z bólu.
- Nie siedzi głęboko, dam radę ją wyciągnąć. - uśmiechnęłam się do chłopaka. Po chwili jego koledzy przynieśli to o co prosiłam. Odstawili w miejsce które im wskazałam i stanęli półtora metra ode mnie by móc bacznie przyglądać się moim czynom.
- Masz, wsadź to do buzi. - podałam Calumowi ręcznik. Ostrzegłam go po czym włożyłam pensete w ranę bruneta. Wyjęłam kule za pierwszym podejściem i wrzuciłam do miski z wodą której kolor natychmiastowo zabarwił się na jasno czerwony.
- A czy ta penseta była. . - zielonowłosy nie dokończył bo mu przerwałam.
- Jest nowa. Nie ma mowy o zakażeniu. Nie jestem głupia. - skwitowałam. Opatrzyłam ranę chłopaka. Przyłożyłam gazę na zranione miejsce i owinęłam bandaż elastyczny wokół ręki chłopaka. Zajęłam się opatrywanien reszty ran które nie były już tak skomplikowane jak ta pierwsza.
- Sprawdź czy możesz ruszać ręką. - wydałam brunetowi polecenie a on natychmiast wykonał je.
- Boli? - zapytałam chowając zawartości apteczki z powrotem do pudełka.
- Kiedy nią ruszam to nie. Zaś kiedy dotykam - Calum musnął palcem po bandarzu - jest wręcz przeciwnie. - pisnął.
- A co ty myślałeś? Jestem lekarzem nie cudotwórcą. - uśmiechnęłam się do bruneta. - Więc co teraz? Podstawicie mnie z powrotem na miejsce gdzie ta chora sytuacja zaistniała a ja zapomnę o tym wszystkim i bedziemy żyli jakby nic się nie wydarzyło? - zwróciłam się do chłopaków stojących za mną.
- Dziewczyno, rusz w końcu głową. Rozumiem, że jesteś blondynką, ale zapewniam cię. Myślenie nie sprawia bólu. - zadrwił lokowaty, którego natychmiastowo skarciłam wzrokiem.
- Nie przywieźliśmy cię tutaj bez powodu. - oznajmił zielonowłosy.
- Więc może ktoś mi wyjaśni co się tu dzieje? Czemu on jest ranny? - wskazałam na Calum'a. - I czemu mnie tu przywieźliście? No śmiało! Oświećcie mnie bo nic kurwa nie rozumiem! - warknęłam. Na mojej twarzy wymalowane bylo niezadowolenie.
- Damie nie przystaje na używanie takich słów. - uśmiechnął się blondyn.
- Dżentelmenowi także nie przystaje na porywanie a jakoś się nie przyczepiłam. - burknęłam.
- Dowiesz się w swoim czasie. - zielonowłosy odpowiedział na moje pytanie. - A tak dla oświecenia. Ja jestem Michael.  Ten to Luke. - wskazał na chłopaka który chwilę temu przyczepił się do wulgaryzmów wypływających z moich ust. - Calum'a już znasz. A to jest Ashton. - lokowaty uśmiechnął się do mnie. - Do niego wszelkie pytania. On jest tutaj szefem. - słowa wypowiedziane przez Michael'a wzdrygnęły mną. Szefem? Miałam ochotę zaśmiać im się w twarze ale wolałam jednak tego nie robić.
- Tak więc szefie. Odpowiedz mi na kilka pytań. - zadrwiłam. - Gdzie będę spała? W czym będę spała?  Kiedy wrócę do domu?
- Pokój jest już przyszykowany. Jakieś ciuchy się dla ciebie znajdą. - spojrzał na mnie z powagą. - A do domu nie wracasz. - oznajmił siadając w fotelu.
- Jak to nie wracam? - cała ta sytuacja powoli wytrącała mnie z równowagi.
- Jutro pojedziesz z chłopakami do domu i się spakujesz.
- Co?! - krzyknęłam zdezorientowana. - Chyba oszalałeś!  Co się tutaj dzieje? - kolejny raz zadałam to pytanie i znów dostałam tą samą odpowiedź.
- Dowiesz się w swoim czasie. - fuknął Ash.
- Czyli kiedy? Sądzę, że prędzej umrę niż dowiem się prawdy. - burknęłam pod nosem.  - Więc gdzie ten pokój? - zapytałam. Calum zaprowadził mnie do sypialni w której miałam teraz spędzać najbliższe nocki. Usiadłam na łóżko a on zaczął szperać w szafie.
- Czyj to pokój? - zapytałam. Chłopak podał mi koszulkę do spania i ciuchy do użytkowania na kolejny dzień. Mogłabym przysiąść, że nadal pachniały perfumami.
- Mój. - brunet skwitował nawet nie spoglądając w moją stronę.
- A gdzie ty bedziesz spał?
- W salonie. - chłopak nadal grzebał w garderobie.
- Ooo, nawet nie ma takiej opcji kolego. - zaprotestowałam, chłopak dopiero w tej chwili wychylił się zza prawego skrzydła szafy i spojrzał na mnie.
- No chyba, że chcesz spać ze mną? - zaproponował z szarmanckim uśmiechem.
- O nie, nie. - zaśmiałam się. - Ty tu sobie spokojnie śpij a ja idę do salonu. - uśmiechnęłam się i wyminęłam chłopaka który tuż przy drzwiach mnie zatrzymał.
- Chciałbym ci podziękować. - odwróciłam się a chłopak kontynuował. - Nie każdy by tak postąpił.
- Tak, czyli jak?
- Podeszłaś by sprawdzić czy wszystko ok, pomimo, że przywieźliśmy cię tu bez twojej zgody, ty nadal brnęłaś w to by mi pomóc.  - oznajmił.
- Nie ma za co.
- Jest. - burknął Cal.
- Naprawdę nie ma. - uśmiechnęłam się i otworzyłam drzwi. - A co do porwania.. - nie skończyłam zdania.
- Nie powiem ci o co chodzi. Dowiesz się w swoim czasie. Ashton by mnie zabił gdybym coś ci powiedział. - chłopak natychmiast zorientował się o co chciałam pytać. - A tak wogóle, to nie porwanie. My chcemy twojego dobra. - dodał po czym wyszłam i zamknęłam dzwi. Mojego dobra? O co tu chodzi?  Nie rozumiem całej tej sytuacji, coraz to bardziej czułam się zagubiona. Załatwiłam najważniejsze potrzeby przed snem i poszłam spać.

------------------------------------
Witam kochanych czytelników! Założyłam tego Bloga dla przyjemności waszej jak i także mojej.
Mam wieeeelką nadzieję, że się wam spodoba ;)
Miłego czytania, oraz zapraszam do komentowania ;)

2 komentarze: